Gdy jesteśmy zazdrośni, przekonujemy się, że kochamy, tak jak przekonujemy się, że żyjemy, kiedy nas coś boli.

Zazdrość jest niezwykle silnym uczuciem, mającym umiejętność ogarnięcia i przejęcia całej kontroli nad czyimś umysłem. Powoduje to narastającą złość, czasami nawet i nienawiść, ogółem same negatywne emocje, które żywi się do osoby, która nam coś „zabiera”, posiada coś, czego my nie.
Zazdrość niszczy, zostawia pustki w organizmie, wyrządza szkody często niemożliwe do naprawienia.
Narastająca zazdrość może również prowadzić do depresji, czy też znacznego obniżenia samooceny, straty samokontroli.
Myślę, że każdy był kiedyś zazdrosny. Ja bardzo często bywam zazdrosny o swoją drugą połówkę, o przyjaciół. Zawsze boję się, że ktoś mi te osoby odbierze, że ich stracę. I to wcale nie oznacza, że nie mam do nich zaufania. Mam do nich ogromne zaufanie, lecz bardzo mi na nich zależy i martwię się, że ktoś lepszy ode mnie mi to wszystko zabierze.
Zazdrość nam pokazuje, jak bardzo nam na czymś lub kimś zależy. Aczkolwiek powinniśmy nad nią zapanować, ponieważ możemy przez nią się wiele nacierpieć.
Jeśli komuś coś zazdrościmy – musimy spojrzeć na siebie, docenić to co mamy i żyć. Po prostu żyć. Często jesteśmy zaślepieni zazdrością i nie widzimy tego, co mamy. A musimy to zauważyć.

tumblr_msvax7Q1nT1sd8mlwo1_500

Stoje na wysokim klifie. Jestem sama, na morzu nie widać statków.

Siadam, opuszczam nogi, i patrzę na fale uderzające o skalisty brzeg.
Patrząc w ten bezkres i siłę morza, uświadamiam sobie swoją kruchość.
Czy ja, taki mały człowiek, mogę się równać z taką nieprzemijającą potęgą?
Po chwili jednak moją głowę nawiedzają tuziny innych chorych myśli.
Zastanawia mnie, jak to by było skoczyć i spadać … i spadać bez końca.
Tonąć we wszystkich uczuciach i melodiach tego morza, poznać jego historie.
Mimo wszystko otacza mnie tutaj spokój, wokół panuje cisza, nikogo tu nie ma.
Jednak nie doskwiera mi samotność, towarzystwo wiatru wystarczy.
On delikatnie muskając mą twarz uspokaja mnie i kołysze niemal jak do snu.
Bujając swobodnie nogami, kładę się na miękkiej trawie porastające klif.
Kolejny bezkresny obiekt mojej uwagi, niemal równie piękny – niebo.
Miliony gwiazd błyszczących niczym najdroższe diamenty patrzą teraz na mnie.
Czy one także uważają mnie za kruchego człowieka, przemijającego wraz z chwilą?
Cudownie byłoby się wzbić w to nocne powietrze i zapytać je o to.niemamy

Dziewczynka o imieniu tęsknota.

Przyszła do mnie dziewczynka. Miała potargane smutkiem włosy i księżycowe oczy. Twierdziła, że nazywa się Tęsknota, a ja jej uparcie nie wierzyłam, śmiałam się prosto twarz. Jeszcze wtedy były mi obce szklane wspomnienia, nieprzespane noce, spragnione usta, szorstkie dłonie. Próbowałam ją odpędzić, tę dziewczynkę, ale ona wyrastała spod ziemi, nie ustępowała mnie na krok, wbijając gwieździste spojrzenie w ludzkie plecy. Na początku mi nie przeszkadzała, bo to uczucie pustki pozostawało jedynie szarym nieznajomym. Jej obecność była mi pomocna dopiero wtedy, gdy motylki w brzuchu ustąpiły miejsca naostrzonym sztyletom. Wbijały się powoli we wnętrzności, pozostawiając niewidzialne fizycznie rany. Zabawni lekarze nie dostrzegali tego, przepisywali leki na dobry sen, kazali smarować wargi i ręce. Uważali się za dobrych psychologów, próbowali odpędzić demony, które były najlepszymi przyjaciółmi. Dziecko ze słomianymi włosami pozostawało mi wierne, nigdy nie opuszczało. Pielęgnowało nieszczęście i kalectwo, nie piętnowało. Z czasem nauczyłam się z nim żyć, nie dezorientowało mnie. Wręcz go potrzebowałam. Żywiłam się nim, poiłam pustką, jaką mi dostarczało. Nie radziłam sobie. Z tą Tęsknotą.1