Dziewczynka o imieniu tęsknota.

Przyszła do mnie dziewczynka. Miała potargane smutkiem włosy i księżycowe oczy. Twierdziła, że nazywa się Tęsknota, a ja jej uparcie nie wierzyłam, śmiałam się prosto twarz. Jeszcze wtedy były mi obce szklane wspomnienia, nieprzespane noce, spragnione usta, szorstkie dłonie. Próbowałam ją odpędzić, tę dziewczynkę, ale ona wyrastała spod ziemi, nie ustępowała mnie na krok, wbijając gwieździste spojrzenie w ludzkie plecy. Na początku mi nie przeszkadzała, bo to uczucie pustki pozostawało jedynie szarym nieznajomym. Jej obecność była mi pomocna dopiero wtedy, gdy motylki w brzuchu ustąpiły miejsca naostrzonym sztyletom. Wbijały się powoli we wnętrzności, pozostawiając niewidzialne fizycznie rany. Zabawni lekarze nie dostrzegali tego, przepisywali leki na dobry sen, kazali smarować wargi i ręce. Uważali się za dobrych psychologów, próbowali odpędzić demony, które były najlepszymi przyjaciółmi. Dziecko ze słomianymi włosami pozostawało mi wierne, nigdy nie opuszczało. Pielęgnowało nieszczęście i kalectwo, nie piętnowało. Z czasem nauczyłam się z nim żyć, nie dezorientowało mnie. Wręcz go potrzebowałam. Żywiłam się nim, poiłam pustką, jaką mi dostarczało. Nie radziłam sobie. Z tą Tęsknotą.1

2 Komentarze

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.