O czym szepcze Mi do ucha wiosenny wiatr.

Zaprzyjaźniłam się z wiatrem, bo miał piękne włosy. Kiedy tylko chciałam je dotknąć, on odsuwał się, śmiejąc się przy tym cicho. Raz jedyny byłam bardzo blisko. I wtedy on schował się za stary dąb, pozwalając mi wpaść na kobietę w kwiecie wieku. Odwróciła się i zlustrowała wzrokiem nie tyle mnie, co mojego towarzysza. Smok wzbudził prawdziwy zachwyt przechodniów. Pokazywali go sobie palcami, robili zdjęcia. Dzieci klaskały w ręce, a te bardziej rozpieszczone wskazywały magiczną istotkę na moim ramieniu, rozkazując rodzicom szybki zakup. Dwaj mężczyźni w średnim wieku i kobieta, która pierwsza nas zauważyła, wyciągnęli banknoty i machali nimi przed moimi oczami. Przestraszona ugięłam się i energicznie kręciłam głową, przymykając przy tym oczy i zasłaniając uszy. Źli byli ci ludzie, chcieli mi zabrać smoczka.
Wiatr to zauważył i bardzo się zdenerwował. Porwał kilka zielonych banknotów do nieba, a potem kazał mi chwycić swoją dłoń. Jednym szybkim ruchem pełnym elegancji rozwiał spory tłum. Tłusty chłopiec z lizakiem zakwiczał niczym prosie i runął na brudny chodnik. Nie zdążył się podniósł, kiedy my zniknęliśmy. Jeszcze trochę zajęło mi dojście do siebie, a gdy otworzyłam szerzej oczy, zdałam sobie sprawę, że Wiatr został za oknem. Otworzyłam je, by z nim porozmawiać. Siedział jeszcze chwilę na kasztanowcu, by w końcu podlecieć bliżej. Ze smutnym wyrazem twarzy stwierdził, że nie będzie się ze mną spotykał. Bał się, że zrobi mi krzywdę. Odleciał. A mi było duszno.tumblr_mzoksjG6sh1rbgo35o1_500

Zakochujemy się tylko w jednej osobie , reszta to zauroczenia.

Kolejny raz próbują mi podsunąć coś żywego, głupi ludzie, zaśmiecają mój umysł. Chcą, żebym była taka jak oni, gorąca od wodospadu uczuć i emocji. Lecz ja wiem, jak groźne są te wszystkie choroby, w które oni wpadają. Chcę być zdrowa i zimna, bezpieczna i chłodna. Nie pozwolę sobą manipulować. Dopóki ciepłe wargi nie zaczną oddychać tym samym powietrzem, a ciężka dłoń nie da większej siły od jedzenia. Zrobię wiele bezmyślnych rzeczy; zacznę krzyczeć głośno, pozwolę nogą trząść się energicznie, sen przestanie mnie interesować, a słowa będą układać się tylko w jedno imię. Na szczęście dotrze do niego, jaki błąd popełnił. Odejdzie tak szybko, jak się pojawił. Rozerwie mi serce i każe zbierać je, kawałek po kawałeczku. Zszyję je kroplami łez, zamienię w przejrzysty lód i z powrotem włożę do środka. I nie pozwolę nigdy więcej, żeby pięknym wydał się łabędzi śpiew.6

„Nie słyszysz, jak krople deszczu układają się w symfonię?”

Nie słyszysz, jak krople deszczu układają się w symfonię? Próbują naśladować klasyków wiedeńskich, ale chyba im się to nie udaje. Znużone opadają coraz wolniej, by znów przyspieszyć. Rozkładają się leniwie na ciężkich chmurach, a później je przesuwają i wpuszczają trochę światła do naszego świata. Właśnie mija dwunasta; liczby zmieniają się leniwie, jakby chciały pozostawić mi trochę czasu. Chciałabym wyjść na dwór, ale rozum podpowiada mi, że nie jestem już małym dzieckiem. Jest wstrętny i pamięta jedynie zmokniętą pięciolatkę, która na następny dzień nabawiła się paskudnej grypy. Deszcz nie był niczemu winien. On po prostu tchnął w nią życie i kazał tańczyć najlepiej, jak potrafiła, później śmiać się na całe gardło. Dlaczego teraz nie ma tej mocy? Pytanie zasycha w gardle, nie dotarłszy do ust. Nie potrzebuję złej pogody, by znów być dzieckiem. Wyciągam czerwony koc i zamieniam się w Boga. Wyglądam lepiej niż ten staruszek z fresku Michała Anioła.

5

Zachód słońca…Piękny widok.

Dla mnie zachód słońca to jedynie filiżanka potłuczona na niebie i herbata powoli rozlewająca się ku horyzontowi. To zebrane w koc ciemności wszystkie troski i smutki, które chowamy pod poduszkę z nadzieją, że nikt tam nie zajrzy. Nie ma w tym nic pięknego oprócz świadomości przemijania. Jesteśmy wtedy na skraju; wystarczy jeden krok, by znaleźć się na drodze do jutra, lecz można się cofnąć i jeszcze potrwać w dzisiaj, tutaj. To zabawne, bo widzę krew i łzy tworzące uśmiech opadający na wodę, żegnającą się ze słońcem. I przez chwilę mam wrażenie, że już nigdy nie ujrzę jaśniejącej gwiazdy. Pragnę biec za nią, choćby się utopić, ale dziwna siła trzyma mnie przy lądzie. To nie jest nadzieja. Nie tak naiwna, chłodny rozsądek prowadzi do następnego krańca. Wieczorem mijam zakochanych, rano jedynie samotnych. Papirusowy mężczyzna z papirusową kobietą nie znają się, ale ich gorzkie uśmiechy łapią się ukradkiem wiążąc naszą trójkę ze sobą. Chłodny piasek nie daje ukojenia. Jest jak nóż przyłożony za mocno do delikatnej skóry. Czemu to nie jest romantyczne? Nie wiem. Wiąże za bardzo jutro z tobą, ale bez siebie. Nieważne, gdzie jesteś. Równie dobrze możesz siedzieć na najwyższym budynku w mieście, odliczać ostatnie sekundy i pozwolić pierwszym promieniom stać się ostatnimi, zarysować wyraziście kształty najstarszej kamienicy i przynieść kolejną gorycz porażek wraz z chęcią życia, której nigdy nie pojmiesz.

4

Czemu tak ważni są przyjaciele.

Miała długie słomiane włosy, za którymi się chowałam, kiedy nie chciałam opowiadać o tych samych problemach, co wczoraj. Pachniały cytrusami, a latem truskawkami, bo zajadała się nimi dniami i nocami, podczas telefonicznych rozmów oraz ponownego oglądania Harry’ego Pottera albo Władcy Pierścieni. Jej nogi miały długość całej mnie, ramiona była w stanie objąć mnie dwukrotnie, tulić tak całą wieczność, jeśli tego potrzebowałam. Często przeklinała, wkładając i wyciągając papierosa z wąskich malinowych ust, a przy tym wymachując energicznie dłońmi. Zawsze coś potłukła. Wtedy jej język stawał się jeszcze bardziej ostry. Nie znosiła chwil, kiedy śmiałam się z niej, lecz zawsze wybaczała, opierając twarz na zaciśniętych lekko pięściach. Nie rozumiała, co to jest spalony, ani mojej ogólnej fascynacji piłką nożną, za to cierpliwie znosiła ten okres, niekiedy komentując kolorystykę koszulek i inne zabawne rzeczy. Razem dużo pływałyśmy, podtapiając się nawzajem. Ludzie spoglądali na nas z zaskoczeniem, które mieszało się z przerażeniem. Myśleli, że jedna chce zabić drugą. O wiele się nie mylili. Wpychałyśmy się nawzajem pod samochody, skakałyśmy, by dosięgnąć drogowskazów. Ona sięgała. Ja nie. Próbowała dla mnie słuchać Kurta i Jimiego, a ja starałam się przestawić na rap, chociaż nie było to tak łatwe, jakby mogło się wydawać. Po pewnym czasie odkryłam niezwykłe pokłady piękna w tych tekstach, a ona zakochała się w urokach mrukliwych rockowych basów. Rzucałyśmy popcornem w kinie, kiedy film nam się nie podobał, bawiłyśmy się włosami widzów przed nami, nieświadomie stając się jeszcze bardziej infantylne. Ona chciała być już dorosła, jednocześnie pozostając przy mnie. Pokochałam ją całym sercem za odstające uszy i chrapanie przez słuchawkę, szpinak między zębami i kadzidełka porozstawiane na wszystkich możliwych półkach. Nigdy nie oczekiwałam od niej bycia idealną przyjaciółką. Z czasem jej wady stały się definicją tego, czego potrzebowałam najbardziej.

3

” gdybym tylko wiedziała, że masz serce! ”

„Była wyjątkowo utalentowaną czarownicą, miała też olbrzymi majątek. Porażała pięknością i wdziękiem serca wszystkich mężczyzn, którzy na nią spojrzeli – wszystkich prócz jednego. Serce czarodzieja pozostało obojętne. Uznał jednak, że takiej właśnie żony szukał, więc zaczął starać się o jej rękę. Wszyscy, którzy zauważyli zmianę w wyglądzie i zachowaniu czarodzieja, byli tym zdumieni i mówili dziewczynie, że udało się jej to, czego nie potrafiły przed nią dokonać setki dziewcząt. Piękną dziewczynę czarodziej ów fascynował i zarazem odpychał. Wyczuwała chłód pod jego pochlebstwami i umizgami, nigdy też nie spotkała człowieka tak dziwnego i skrytego. Jej krewni uważali jednak, że byłby to związek nadzwyczaj pożądany, a pragnąc jak najszybciej do niego doprowadzić, przyjęli zaproszenie czarodzieja na wielką ucztę wydaną na cześć owej dziewczyny.
Była to uczta godna króla. Na stole lśniła złota i srebrna zastawa, podawano najlepsze wina i najbardziej wykwintne potrawy. Minstrele przygrywali tęsknie na lutniach o strunach z jedwabiu, śpiewając słodkie pieśni o miłości, której ich pan nigdy nie zaznał. Dziewczyna siedziała na tronie obok czarodzieja, który szeptał jej do ucha czułe słówka skradzione poetom, nie mając pojęcia o ich prawdziwym znaczeniu. Dziewczyna słuchała go zdumiona, aż w końcu powiedziała:
– Piękne to słowa, miły czarodzieju, i radowałaby mnie twoja ku mnie skłonność, gdybym tylko wiedziała, że masz serce!
Czarodziej uśmiechnął się i odpowiedział, że może łatwo zaspokoić jej ciekawość i uśmierzyć obawy. Powstał, wyciągnął do niej rękę i poprosił, by za nim poszła. Poprowadził ją do lochu, gdzie trzymał swój najcenniejszy skarb. Tutaj, w kryształowej szkatułce, spoczywało bijące serce czarodzieja. Dawno temu odłączone od oczu, uszu i palców, nigdy nie uległo czarowi piękna, melodyjnego głosu i dotyku jedwabistej skóry. Dziewczynę przeraził ten widok, bo serce było wyschnięte, skurczone i pokryte długimi czarnymi włosami.
– Och, nieszczęsny, cóżeś uczynił! – zawołała. – Błagam cię, włóż je z powrotem tam, gdzie jego miejsce!
Widząc, że nie sposób odmówić jej błaganiom, czarodziej wyciągnął różdżkę, uniósł wieczko kryształowej szkatułki, otworzył swoją klatkę piersiową i umieścił włochate serce w pustej jamie, którą niegdyś zajmowało.
– Teraz zostałeś uzdrowiony i poznasz prawdziwą miłość! – krzyknęła dziewczyna, po czym go objęła.
Dotyk jej gładkich, białych ramion, tchnienie jej oddechu w jego uchu, woń jej ciężkich, złotych włosów – wszystko to przeszyło przebudzone serce strzałami niezrozumiałej emocji. Podczas długiego uwięzienia w ciemnym lochu stało się bowiem ślepe i głuche, odrętwiałe i zdziczałe, pożądając tego, co samolubne i przewrotne.
(…) Dziewczyna leżała na podłodze martwa, z rozciętą piersią, a przy niej klęczał czarodziej, trzymając w okrwawionej ręce wielkie, gładkie, szkarłatne serce, które lizał i gładził, ślubując zamienić je na własne.”

2

Dziewczynka o imieniu tęsknota.

Przyszła do mnie dziewczynka. Miała potargane smutkiem włosy i księżycowe oczy. Twierdziła, że nazywa się Tęsknota, a ja jej uparcie nie wierzyłam, śmiałam się prosto twarz. Jeszcze wtedy były mi obce szklane wspomnienia, nieprzespane noce, spragnione usta, szorstkie dłonie. Próbowałam ją odpędzić, tę dziewczynkę, ale ona wyrastała spod ziemi, nie ustępowała mnie na krok, wbijając gwieździste spojrzenie w ludzkie plecy. Na początku mi nie przeszkadzała, bo to uczucie pustki pozostawało jedynie szarym nieznajomym. Jej obecność była mi pomocna dopiero wtedy, gdy motylki w brzuchu ustąpiły miejsca naostrzonym sztyletom. Wbijały się powoli we wnętrzności, pozostawiając niewidzialne fizycznie rany. Zabawni lekarze nie dostrzegali tego, przepisywali leki na dobry sen, kazali smarować wargi i ręce. Uważali się za dobrych psychologów, próbowali odpędzić demony, które były najlepszymi przyjaciółmi. Dziecko ze słomianymi włosami pozostawało mi wierne, nigdy nie opuszczało. Pielęgnowało nieszczęście i kalectwo, nie piętnowało. Z czasem nauczyłam się z nim żyć, nie dezorientowało mnie. Wręcz go potrzebowałam. Żywiłam się nim, poiłam pustką, jaką mi dostarczało. Nie radziłam sobie. Z tą Tęsknotą.1